Kamienie opowiadają historię

W sieci, 5.09.2016 r.


(…) Nie przerobisz tego, nie ma szans – mówi po pierwszym dniu pracy Robert Bukowczan, na co dzień kierowca w lubelskim ZTM, na obozie jest odpowiedzialny za narzędzia: piły łańcuchowe, kosiarki, kosy spalinowe. – Bez tego nie popracujemy, bo materia jest oporna i nie ma nic wspólnego z porządkowaniem cmentarzy, którym zajmujemy się np. w Polsce przed Zaduszkami. Tutaj to ciężka fizyczna praca – tłumaczy. Ręce mu opadają, nie chce się zgodzić z tym, że na dziś już koniec sprzątania. Na obozie organizowanym przez Fundację Niepodległości przy pomocy OHP  jest pierwszy raz. Wróci tutaj, bo przecież tyle jest jeszcze do zrobienia… Wiele nagrobków zostało w wysokich chaszczach, a jutro ruszamy już w inne miejsce. Ale satysfakcja i tak jest ogromna, bo cmentarz w Szumsku przypomina w końcu nekropolię. Potrzeba było do tego kilku godzin ciężkiej fizycznej pracy kilkudziesięciu wolontariuszy z Lublina, ale są także osoby z Kielc, Gdańska, Warszawy czy Tarnowa. To kolejna edycja letniego obozu, który ma na celu wyrywanie z niepamięci miejsc związanych z Polską i Polakami. „ReGeneracja” – tegoroczna nazwa wyjątkowo pasuje, bo wśród pracujących są osoby bardzo młode i, jak o sobie mówią, „mniej młode”.

Sercem i mózgiem wyprawy od lat jest Jacek Bury, 44-letni członek zarządu Fundacji Niepodległości i opiekun świetlicy OHP na lubelskim osiedlu Bronowice, zwanym „Bronksem”. Bo to wyjątkowo trudny teren, mnóstwo rozbitych rodzin, patologii, dzieciaków, którymi rodzice nie chcą albo nie mają czasu się zająć. Letni wyjazd na Wołyń to element pracy z nimi, nad zmianą wartości, wzorców i zainteresowań. (…)

Do fizycznych prac biorą się mężczyźni: Andrzej, Marek, Jan, Piotrek, kolejny Piotr z synami. Panie grabią to, co zostanie ścięte mechanicznymi piłami. Ewa, Ania, Dorota, pani Zosia. W pierwszych dniach wydaje się, że grupę trzeba będzie hamować, tyle jest zapału do pracy. A przecież obóz ma trwać prawie trzy tygodnie, codziennie poza niedzielami jest coś do zrobienia. Nie oszczędza się nawet pan Czesław Chwalczuk, rocznik 1931. Ale jego akurat nie trzeba nadzorować, bo to nie pierwszy jego wyjazd na Wołyń.

To, co na Kresach robią wolontariusze, jest imponujące. Dlatego co roku wydłuża się lista osób, które chcą pomagać. W każdej odwiedzanej miejscowości jest zaprzyjaźniony gospodarz lub ksiądz. Szczególnie duchowni wiedzą, jak trudno cokolwiek tutaj na Wschodzie zrobić, więc taka inicjatywa to skarb. (…)

Praca na każdym cmentarzu trwa do godz. 17-18. Potem jest moment na to, by spojrzeć na efekty. W widocznym miejscu ustawiany jest okazały krzyż z białoczerwoną szarfą. Żeby miejscowi widzieli, że to nie jest całkiem zapomniane miejsce, że czasem ktoś tutaj może się pojawić. Modlitwa i znicze. Każdy może zapalić świeczkę tam, gdzie pracował. To jak podpis pod swoją pracą.

 

Autor: Marcin Wikło